|
Archiwum konferencji
JEZUS RATUJE CZŁOWIEKA
Czasami ludzie traktują wiarę jak zbiór nakazów i zakazów, którymi Bóg ich obarczył, by później ich z tego porozliczać. Obraz Boga sędziego i prawodawcy zbyt mocno pokutuje w naszym myśleniu. Po co więc są te wszystkie rzeczy związane z religią? Po co wiara? Aby znaleźć odpowiedź na te pytania posłuchajmy najpierw pewnej opowieści.
W bezkresnym oceanie o krystalicznie czystej wodzie żył sobie delfin. Cieszył się on pięknem swego środowiska. Wśród mieszkańców oceanu miał wielu przyjaciół. Był ogólnie lubiany. I chociaż był ssakiem, to jednak pośród ławic ryb, bajecznie kolorowych raf koralowych, czuł się jak przysłowiowa ryba w wodzie. Był dla wszystkich obrazem i źródłem radości. Jednak pewnego dnia postanowił sprawdzić, co znajduje się bliżej brzegu. Rozpędził się w jego kierunku, lecz niestety przez swą nieostrożność został wyrzucony na brzeg. Oddalające się akurat w odpływie wody oceanu pogorszyły jego sytuację. Gdy się to stało natychmiast na ratunek pospieszyli mu ludzie, znajdujący się akurat na plaży. Każdy w wielkiej trosce o delfina zaczął udzielać mu swych rad: "Nie wiadomo jak na skórę delfina działa słońce, więc wysmarujmy go olejkiem do opalania, by się nie przypiekł za bardzo"- poradził pierwszy. Ktoś inny dodał: "A może słońce za mocno mu świeci w oczy. Dajmy mu okulary przeciwsłoneczne". Trzeci radził: "Dajmy mu lody. Zobaczcie jak dyszy na tym upale. A może lepsze będzie zimne piwo?". Następny pomysłodawca powiedział: "Podsuńmy mu telewizor. Niech sobie zobaczy trochę świata". Właściciel plaży już myślał o wykopaniu basenu dla delfina. Dzięki temu plaża zyskałaby na atrakcyjności i dochody byłyby wyższe. I gdyby tak dalej radzili biedny delfin by zdechł. Na szczęście na plaży pojawił się człowiek znający się na delfinach. Od razu kazał zaprzestać tego wszystkiego. Stwierdził, że delfina trzeba polewać wodą, karmić go rybkami i czekać, aż nadejdzie przypływ, który pozwoli zwierzęciu wrócić do jego naturalnego środowiska, gdzie znów będzie szczęśliwy.
Ta historia może niektórych śmieszyć, dlatego chciałbym teraz udzielić pewnego wyjaśnienia. To, co opowiedziałem, jako bajkę o delfinie, jest historią człowieka. On także w raju, który był dla niego naturalnym środowiskiem, był bardzo szczęśliwy. Przez swą nieostrożność został wyrzucony z tego środowiska. Ten świat nie jest naszą ojczyzną. Trudy życia świadczą o tym dobitnie. O nas też wiele osób zaczęło się troszczyć. Jedni z dobrej woli, chcąc nam ulżyć w tym życiu, inni chcąc wykorzystać nas do własnych celów. Czy jednak w życiu chodzi o to, aby doznawać tylko chwilowej ulgi płynącej z zapomnienia? Czy człowiek może być wykorzystywany? Na pewno nie. Na szczęście na plaży naszego życia też pojawił się ktoś, kto zna się na człowieku. Tym kimś jest Jezus Chrystus. On przyszedł na ten świat nie po to, aby nas obarczać obowiązkami religijnymi. On przyszedł po to, aby nas uchronić od namiastek przynoszących krótkotrwałą ulgę, od zła, które chce nas zniewolić. On przyszedł po to, aby uratować człowieka. By pomóc mu przetrwać do dnia, gdy każdy z nas będzie mógł powrócić do naszego naturalnego środowiska i znowu być w pełni szczęśliwym.
Cóż więc Jezus nam radzi? Co daje nam jako narzędzia ratunku? Zanim to wyjaśnię jedna uwaga. W porównaniu z delfinem nasza sytuacja jest o tyle gorsza, że mamy wolną wolę i możemy powiedzieć Bogu "nie". Możemy nie chcieć wrócić do naszego naturalnego środowiska. Jednak cóż wtedy będzie warte nasze życie?
Myślę, że taki najprostszy zestaw ratunkowy znajdujemy w czwartym rozdziale Dziejów Apostolskich (zob. Dz 2,42). Czytamy tam, że ludzie żyjący w świecie, gdy poznali Jezusa i przyjęli Go, jako swego Pana i Zbawiciela odtąd "trwali (...) w nauce Apostołów i we wspólnocie, w łamaniu chleba i w modlitwach". Te cztery proste rzeczy stały się dla nich drogą do życia. Skarbami, dla których gotowi byli poświęcić wszystko. Spróbujmy się więc przyjrzeć bliżej tym czterem środkom ochrony człowieka.
Pierwszą rzeczą, którą możemy przyjąć, jako źródło naszego ratunku jest słowo Boże. Wiele książek i konferencji jest poświęconych temu zagadnieniu, więc my krótko przyjrzyjmy się pewnemu wydarzeniu, które, mam nadzieję, jasno pomoże nam zrozumieć znaczenie słowa Bożego. Pamiętamy chyba dobrze scenę z szóstego rozdziału Ewangelii św. Jana. Jezus chodzi i naucza. Ciągną za nim tłumy. Można by tak po ludzku powiedzieć, że Jego popularność wzrasta. I nagle, znowu z ludzkiego punktu widzenia, Jezus popełnia błąd. Zaczyna głosić niezrozumiałe nauki. Mówi, że jeśli ludzie nie będą spożywali Jego ciała i pili Jego krwi nie będą mieli życia. Większość ta nauka gorszy i oburza. Odchodzą. Wtedy Jezus pyta swych uczniów: "Czyż i wy chcecie odejść?" (J 6,67). W imieniu Apostołów odpowiada Szymon Piotr.
Zastanówmy się chwilę nad tym, co Piotr mógł odpowiedzieć. Przecież on niewiele więcej rozumiał ze słów Jezusa, niż ci, którzy odeszli. Mógł odpowiedzieć na cztery różne sposoby. Po pierwsze mógł powiedzieć do pozostałych Apostołów: "Panowie, posłuchajcie, co ten Jezus wygaduje. Wiecie co, słuchajmy lepiej faryzeuszy. Oni są mądrymi tego świata. Nie wygadują takich niedorzeczności". Po drugie mógł stwierdzić: "Panowie zobaczcie, co się dzieje. Ludzie odchodzą od Jezusa. Do tej pory chodziliśmy za Nim, bo miał posłuch, ale teraz nie warto. Słuchajmy lepiej Rzymian. Oni mają władzę. Najlepiej na tym wyjdziemy". Po trzecie mógł powiedzieć: "Nie wiem jak wy, ale ja zamierzam słuchać siebie. Do tej pory, jakoś sobie radziłem i chyba najlepiej będzie, gdy tak będę robił dalej". W końcu mógł dać odpowiedź: "Wiecie co, nie wiem, nie rozumiem tak do końca tego, co Jezus mówi, ale myślę, że warto Go słuchać, bo On ma słowa życia wiecznego". Wiemy, że św. Piotr wybrał tę czwartą możliwość. Ten doświadczony życiem człowiek stwierdził, że nie warto słuchać mądrych tego świata, ani tych, którzy mają władzę. Nie warto też słuchać samego siebie, bo to wszystko prowadzi donikąd. Pośród wszystkich wypowiedzianych słów tylko słowo Boże przetrwa wszelkie próby czasu (zob. Mt 24,35) i tylko ono może dać człowiekowi prawdziwe życie. Życie wieczne (zob. J 5,24). Jeśli więc kochasz swoje życie i zależy ci na nim, to słowa Jezusa nie będą dla ciebie niedorzeczne, nie będzie się dla ciebie liczyło to, że te słowa są coraz mniej popularne, że są niewygodne dla twego "ja", lecz będziesz się ich trzymał pamiętając, że są to słowa życia wiecznego.
Drugą rzeczą, daną nam przez Jezusa w tym zestawie ratunkowym, jest wspólnota. Chrześcijaństwo jest porównywane w Biblii do wielu rzeczy, miedzy innymi do ciała. Myślę, że to porównanie dobrze ukazuje rolę wspólnoty. Otóż żadna komórka mojego ciała nie może żyć osobno. Nawet organ nie jest samowystarczalny. Serce nie bije tylko dla siebie, lecz dla całego ciała. Mózg nie myśli tylko dla siebie, lecz kieruje całym ciałem. I tak jest z naszą wiarą. Jeśli chcesz być chrześcijaninem, nie możesz mówić, że wiara to twoja prywatna sprawa. Chrześcijanie pamiętają, że są "nawzajem dla siebie członkami" (Ef 4,25). Słabość lub moc chrześcijaństwa zależy od postawy tych wszystkich, którzy zwą się chrześcijanami. Słabość lub moc naszej wiary zależy także od relacji z tymi, którzy poznali Jezusa i chcą żyć dla Niego.
Trwanie we wspólnocie na pewno nie jest łatwe, bo przecież ludźmi jesteśmy, a nie Aniołami. Doświadczając we wspólnocie ludzkich braków czasem niektórzy z niej rezygnują. Mają z nią bardzo luźny kontakt. Ten problem istniał chyba od początku, skoro autor Listu do Hebrajczyków prosił i upominał: "Nie opuszczajmy naszych wspólnych zebrań, jak się to stało zwyczajem niektórych, ale zachęcajmy się nawzajem, i to tym bardziej, im wyraźniej widzicie, że zbliża się dzień" (Hbr 10,25). To we wspólnocie uczy się chrześcijaństwa, bo przecież Jezus uczył: "Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali" (J 13,35). O tym pamiętajmy, bo często wiele osób myli miłość z łaską i mówią: "Mam swoje życie i z tego, co mi zbywa, dam innym". To nie jest miłość. Miłość to wspólne życie. Trwanie na dobre i złe. To nieraz znoszenie siebie nawzajem (zob. Ef 4,2). Prawdziwą miłość poznaje się po duchu służby, a nie oczekiwań.
Przyjrzyjmy się kolejnej rzeczy. Pierwsi chrześcijanie trwali w łamaniu chleba. Tajemnica Eucharystii. Czasami wydaje mi się, iż im ważniejsza rzecz, tym mniej się powinno tłumaczyć. A więc krótko kilka słów z Ewangelii św. Jana. Jezus, o czym czytamy w szóstym rozdziale tej Ewangelii, stwierdza bardzo prosto: "Jeżeli nie będziecie spożywali Ciała Syna Człowieczego i nie będziecie pili Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie. Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym" (J 6,53-54). To są słowa Jezusa. Albo wierzysz, że Eucharystia jest Jego Ciałem i przyjmujesz ją, by mieć życie wieczne, albo tego życia nie masz odwracając się od tajemnicy Eucharystii. Trzeba więc uważać, aby swoich pragnień i upodobań nie uczynić ważniejszych od prawdziwych potrzeb naszej duszy, na które wskazuje Jezus. A to, co stanowi to Ciało Jezusa, które mamy spożywać, aby mieć życie wieczne, zostało jasno ukazane przez samego Chrystusa podczas ostatniej wieczerzy.
Ostatnią rzeczą w naszym zestawie ratunkowym jest modlitwa. Wiemy, że życie nie jest proste i dlatego warto pamiętać o słowach Jezusa: "Beze mnie nic nie możecie uczynić" (J 15,5). Wiemy też, że trudności łatwiej pokonywać z kimś innym i dlatego warto pamiętać o słowach św. Pawła: "Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia" (Flp 4,13). Dla mnie w tym zdaniu szczególnie ważne jest słowo "wszystko". Św. Paweł nie napisał, że z Jezusem łatwiej mu się na przykład modlić czy spędzać jakieś szczególne chwile. On napisał, że z Jezusem łatwiej mu czynić wszystko.
Jeżeli więc mamy na tyle pokory, by przyznać się do swych słabości i ograniczeń, to naszymi będą słowa z Drugiego Listu do Koryntian: "Przechowujemy zaś ten skarb w naczyniach glinianych, aby z Boga była owa przeogromna moc, a nie z nas" (2 Kor 4,7). Aby ta moc naprawdę przenikała wszystko, co stanowi nasze życie, trzeba się kierować inną radą św. Pawła, a mianowicie krótkim i prostym wezwaniem z Pierwszego Listu do Tesaloniczan: "nieustannie się módlcie!" (1 Tes 5,17). Pamiętajmy jednak, że modlitwa to nie zaliczanie praktyk pobożnościowych, lecz osobiste spotkanie z Bogiem. Musimy mieć ciągłą relację z Bogiem. We wszystkim. Tak, aby nie oddzielać wiary od życia. Modlitwa nie jest dla samej modlitwy. Modlitwa musi mieć konkretny cel. Przed modlitwą warto zadać sobie pytanie: Po co chcę się modlić? Każdą swą decyzję możemy i powinniśmy konsultować z Bogiem. Mówmy Mu o wszystkim. Rozmawiajmy z Nim, a nie z duchem świata, czy własnymi pragnieniami.
To jest takie minimum, którego potrzebujemy, byśmy nie stracili życia, lecz byśmy dotrwali do dnia, w którym będziemy mogli powrócić do swego naturalnego środowiska. Do życia w pełnej przyjaźni z Bogiem. Wtedy odnajdziemy utracone szczęście. Wtedy będziemy się cieszyć pełnią życia, do jakiego powołał nas Bóg.
| |