Strona główna
Czym są wspólnoty
 przymierza?
Historia wspólnoty
Treść przymierza
Nasza wspólnota
Wydarzenia
Nauczanie
Archiwum
Słowo Boże
Adres
Linki
Archiwum konferencji
WIERZYĆ W EWANGELIĘ

W Liście do Rzymian możemy przeczytać następujące słowa: "wszyscy bowiem zgrzeszyli i pozbawieni są chwały Bożej" (Rz 3,23). Jest to obraz smutnej rzeczywistości dotykającej nas wszystkich. To prawda ukazująca, skąd biorą się problemy duchowe, smutek, cierpienie. Skutki grzechów nieustannie ciągną się za nami. Wszelkie wewnętrzne smutki, zranienia, zagubienie, całe zło odczuwamy właśnie dlatego, że jesteśmy pozbawieni chwały Bożej. Tej chwały, która pierwszym rodzicom dawała pełnię szczęścia.
Ten stan jest jednocześnie o wiele bardziej niebezpieczny, niż może się nam to wydawać. Łączy się to z prawdą mówiącą, że "zapłatą za grzech jest śmierć" (Rz 6,23). Tu nie chodzi więc tylko o coś, co przeżywamy w danym momencie, lecz o coś, czego skutki są poważniejsze, niż nam się to często wydaje. Grzech jest po prostu jak nowotwór złośliwy zżerający nasze wnętrze. Jeśli się coś z nim nie zrobi doprowadza do śmierci. Co więc mamy czynić?
Ludzie różnie reagują na wiadomość o śmiertelnej chorobie. Jedni na przykład chcą usunąć choć na chwilę jej skutki używając środków przeciwbólowych. Czegoś, co pomoże im zapomnieć o cierpieniu. Jednak taka postawa usuwa skutki, a nie korzenie cierpienia i ono ciągle powraca, gdy tylko dany środek przestaje działać. Coś podobnego czynią ludzie z pustką wywołaną grzechem. Chcą ją zapełnić uciekając w alkohol, narkotyki, zmysłowość. Tych środków może być oczywiście więcej. Jednak wcześniej czy później te osoby przekonują się, że nie są one rozwiązaniem na dłuższą metę. Wręcz przeciwnie. Pogarszają tylko sytuację tej osoby uzależniając ją od danego środka, przez który próbuje ona znaleźć wyjście ze swego smutnego położenia.
Inni chcą udowodnić lekarzowi, że się myli, że może taki stan jest zły dla innych, ale oni dadzą sobie radę. Oni z tej choroby wyjdą. I dają się wciągnąć w różnego typu formy działalności, by też zapomnieć w nawale zajęć o swym smutnym stanie. Podobnie niektórzy ludzie, chcą zagłuszyć tego "raka duszy". Chcą udowodnić Panu Bogu, że z nimi nie jest tak źle. Zapisują się oni na przykład do różnych ruchów religijnych (najczęściej uważają, że im więcej, tym lepiej), by przez to dobrze przygotować się na spotkanie z Bogiem, by udowodnić Mu, że potrafią sobie radzić. Uważają, że zawsze to lepiej mieć w zanadrzu tych kilka punktów własnej pobożności. Zapominają oni jednak najczęściej, że: "Nikt (...) samego siebie nie może wykupić ani nie uiści Bogu ceny swego wykupu- jego życie jest zbyt kosztowne i nie zdarzy się to nigdy- by móc żyć na wieki i nie doznać zagłady" (Ps 49,8-10). Na inny sposób ujął to św. Paweł pisząc do Galatów: "(...) człowiek osiąga usprawiedliwienie nie przez wypełnianie prawa za pomocą uczynków, lecz jedynie przez wiarę w Jezusa Chrystusa" (Ga 2,16). Dlatego też podejście tych ludzi do wiary w sposób opisany wyżej bardzo często kończy się niezdrową pobożnością, różnego typu dewiacjami religijnymi i też nie stanowi właściwego rozwiązania. Cóż więc nam pozostaje?
To pytanie towarzyszy chyba ludziom nieustannie. Podobną scenę, w której możemy znaleźć odpowiedź na nasz problem, znajdujemy w szósty rozdziale Ewangelii św. Jana. Żydzi pytają Jezusa: "Cóż mamy czynić, abyśmy wykonywali dzieła Boże?" (J 6,28). Odpowiedź Jezusa może niektórych zaskoczyć. Kieruje on uwagę pytających nie na jakieś przepisy ukazujące obowiązki. Nie przedstawia nakazów, czy zakazów, których trzeba przestrzegać. Jezus stwierdza, że najważniejsza jest jedna rzecz: "Na tym polega dzieło [zamierzone przez] Boga, abyście uwierzyli w Tego, którego On posłał" (J 6,29). Jezus wzywa nas do wiary. Do bliskiej relacji z sobą. Do tego, abyśmy traktowali Go konkretnie i poważnie. Oczywiście możemy się bronić, mówiąc, że jesteśmy wierzący. Czy jednak jest to prawda?
Gdybyśmy mogli przyjrzeć się wierze niektórych, a może i nas samych, to niby wierzymy w Boga, ale w tej wierze Jego miłość jest bardzo mała wobec naszych grzechów i w naszym pojęciu pewnie trudno Mu je nam odpuścić, wymazać tak do końca. Jego mądrość jest niczym wobec naszych wspaniałych planów na życie, czy wobec mądrości tego świata i trudna nam zaufać Bogu do końca. Jego wszechmoc jest mizerna wobec naszych ogromnych problemów i pewnie Bóg nie poradzi sobie w ich rozwiązaniu. Rodzi się więc pytanie o to, w jakiego Boga my tak naprawdę wierzymy? Przy takiej postawie na pewno nie jest to Bóg objawiający się na kartach Biblii.
Myślę, że w tej sytuacji większość z nas powinna usłyszeć pewne wołanie. Głos, który słyszeliśmy już wiele razy. Trzeba go jednak właściwie zrozumieć. To wołanie, które jeszcze raz powinno do nas dotrzeć, brzmi: "Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię" (Mk 1,15). Znane- prawda? Jednak chyba większość z nas rozumie to zdanie w duchu Wielkiego Postu. Można ten sposób pojmowania przytoczonego wyżej fragmentu streścić następująco: Zmień swe postępowanie i żyj jak Pan Bóg przykazuje. Wydaje mi się jednak, że w tym wołaniu Jana Chrzciciela chodzi o coś innego. O coś głębszego.
Słowo "metanojete" tłumaczone jako "nawracajcie się" znaczy przede wszystkim: "zmieniajcie myślenie", a nie postępowanie. Oczywiście, że jak zmienię sposób myślenia to zmienię i sposób postępowania. Jednak najpierw mam zmienić myślenie. Wtedy nie będę obłudnikiem, który co innego myśli, a co innego robi. A w czym to mam zmienić ten swój sposób myślenia? Jan Chrzciciel wołał: Zmieńcie swój sposób myślenia i wierzcie nie w siebie, nie w jakieś swoje zasługi, ale wierzcie w Dobrą Nowinę o zbawieniu. A Dobra Nowina to nie zbiór zasad. Te wcześniej dał Bóg przez Mojżesza. Dobra Nowina głosi, że: "Tak (...) Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne" (J 3,16), bo "w tym przejawia się miłość, że nie my umiłowaliśmy Boga, ale że On sam nas umiłował i posłał Syna swojego jako ofiarę przebłagalną za nasze grzechy" (1 J 4,10). Tak właśnie mają się sprawy i dlatego możemy żyć tą radosną nowiną, że "Syn Człowieczy przyszedł szukać i zbawić to, co zginęło" (Łk 18,10). To jest prawda objawiona przez Jezusa. To jest Ewangelia.
Myślę jednak, że tym, w co najtrudniej nam uwierzyć, jest prawda o Bożej miłości. Chyba najtrudniej nam przyjąć Bożą łaskę. Wciąż zbyt mocno liczymy na siebie, jesteśmy skupieni na sobie. Raz na swoich upadkach, innym razem na swoich zasługach. A przecież "łaska przez Boga dana to życie wieczne w Chrystusie Jezusie, Panu naszym" (Rz 6,23). Jest tu mowa o łasce, a więc o darze danym darmo, a nie o zapłacie. Przypominajmy sobie o tym nieustannie wsłuchując się choćby w słowa św. Pawła: "Przypominam, bracia, Ewangelię, którą wam głosiłem, którąście przyjęli i w której też trwacie. Przez nią również będziecie zbawieni, jeżeli ją zachowacie tak, jak wam rozkazałem... Chyba, żebyście uwierzyli na próżno. Przekazałem wam na początku to, co przejąłem: że Chrystus umarł- zgodnie z Pismem- za nasze grzechy, że został pogrzebany, że zmartwychwstał trzeciego dnia, zgodnie z Pismem" (1 Kor 15,1-4).
Ewangelia nie jest więc głoszeniem, że Chrystus przez Swą śmierć dał nam białą, nie zapisaną kartę naszego życia, którą musimy wypełnić swymi dobrymi uczynkami, by wykupić się z grzechów. Ewangelia to karta zapisana krwią Chrystusa mówiąca, że On już umarł za nasze grzechy. Jego życie i dzieło to nasze usprawiedliwienie. To karta mówiąca nam, że możemy czynić dobro, bo zostaliśmy wyzwoleni z niewoli grzechu. To jest właśnie wolność dzieci Bożych. Nie musimy pracować na zbawienie, lecz łaską zbawienia możemy żyć, chyba że "Chrystus umarł na darmo" (Ga 2,21).
Może lepiej pomoże nam to zrozumieć świadectwo pewnego człowieka. Można je streścić mniej więcej tak: "Gdy budzę się, chcę przejść dany dzień z Bogiem. Dlatego wybieram miłość, aby czynić dobro. Dlatego wybieram radość, aby rozpogadzać oblicze innych. Dlatego wybieram pokój, aby pomagać budować relacje między ludźmi". I tak wybierał owoce Ducha Świętego, jako program swego dnia, lecz najpiękniejszy dla mnie był jego ostatni wybór. Mówił: "A gdy się kładę spać wybieram Boga". Czyż może być piękniejszy widok? Czy możemy sobie to wyobrazić? Spróbujmy spojrzeć na człowieka, który wieczorem jak dziecko siada przy swym ojcu, przytula się do niego i mówi głosem pełnym ufności: "Tatusiu, dobrze że jesteś przy mnie. Teraz nic innego się nie liczy". Może nawet powiedzieć: "Wiesz, miałem dzisiaj okropny dzień. Nic mi się nie udało, ale teraz ważna jest dla mnie tylko twoja miłość". Popatrzmy na ten obraz. Dziecko tulące się do ojca. To kruszy serca. To zmienia relacje.
Tym dzieckiem może być każdy z nas. Tym Ojcem jest Bóg. Trzeba tylko umieć Go wybrać, uwierzyć w Jego miłość i zaprosić do swego serca. Trzeba umieć być dzieckiem, które Mu ufa, które Go kocha. Nie bójmy się Go, bo przecież On jest "Bogiem pokornych, wspomożycielem uciśnionych, opiekunem słabych, obrońcą odrzuconych i wybawcą tych, co utracili nadzieję" (Jdt 9,11). Jesteś uciśniony czy słaby? Czujesz się opuszczony? Może brak ci nadziei? To właśnie dla ciebie jest Bóg! On nie jest tylko dla Aniołów i świętych. On jest dla wszystkich. On jest po prostu dla ludzi i zaprasza: "Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię" (Mt 11,28). Czy chcesz z takim Bogiem iść przez życie? Czy chcesz takiemu Bogu to życie oddać? Ja chcę i dlatego często się modlę: "Jezu ufam tobie. Ciebie pragnę. Wejdź do serca mego. Przenikaj je i kształtuj. Bądź jego Panem. Chroń je swą miłością". Jeśli ty chcesz tego, to przyjmij przesłanie, jakie niesie Ewangelia i pomódl się. Najlepiej teraz, gdy skończysz czytać.
do góry
WebDesign © by Szymon Rochowiak | Copyright © 2002-2006 EGEIRO
Wszelkie prawa zastrzeżone